Marsz dla Życia i Rodziny przeszedł ulicami Warszawy
maj 30, 2010 Aktualności, Bez kategorii
Ponad 6 tysięcy osób – dorosłych i dzieci – przemaszerowało dzisiaj, w samo południe niedzieli 30 maja, ulicami Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście w Warszawie. Wśród nich były rodziny z całej Polski, często takie, gdzie dzieci jest zdecydowanie więcej niż dwoje. Przyjechali pociągami, autokarami czy samochodami, by tego dnia być razem. Uczestnicy Marszu zorganizowanego już po raz piąty chcieli zamanifestować swoją obecnością przywiązanie do rodziny, tradycji i konieczność poszanowania i ochrony życia od poczęcia.
O tym jak ważna jest walka z cywilizacją śmierci, nie trzeba było dzisiaj nikogo przekonywać. Wystarczyło spojrzeć na transparenty, które nieśli uczestnicy Marszu. „Rycerz broni słabszych”, „Lekarze, brońcie życia”, „Prawo do życia dla każdego dziecka” czy „Trwała i szczęśliwa rodzina to nasz wybór, nie przypadek”. Dzieci z ochotą skandowały hasło: „Chodźcie z nami – Rodzinami!” I trzeba się zgodzić, że niewielu było gapiów na chodnikach. Większość ludzi stojących z boku włączała się w barwny pochód.
W Marszu, jak co roku, wzięli udział członkowie Środowisk Tradycji Katolickiej z całej Polski. Przyjechali całymi rodzinami ze sztandarami, aby wspólnie z innymi stanąć na straży życia i polskiej Rodziny. Po zakończeniu Marszu Mszę św. w kościele p.w. św. Benona odprawił x. Grzegorz Śniadoch IBP.
Jeśli wierzyć statystykom, za rok uczestników Marszu dla Życia i Rodziny powinno być już 12 tysięcy, bo od ubiegłego roku liczba tych, którzy w sposób otwarty postanowili poprzeć życie, podwoiła się. Zakładamy jednak, że za rok będzie nas znacznie więcej.
Zaproszenie na Marsz dla Życia i Rodziny oraz Mszę św.
maj 26, 2010 Aktualności
30 maja – już po raz piąty – ulicami Warszawy przejdzie Marsz dla Życia i Rodziny
Po jego zakończeniu x. Grzegorz Śniadoch IBP odprawi Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego o godz. 15.00 w kościele pw. św. Benona przy ul. Pieszej 1 na warszawskim Nowym Mieście
Marsz to manifestacja przywiązania do wartości rodzinnych i szacunku do życia. Rodzina, w której realizują się mężczyzna i kobieta, jest naturalnym i podstawowym środowiskiem dla przychodzącego na świat dziecka oraz jego rozwoju. Taka rodzina daje poczucie bezpieczeństwa, miłości, wsparcie w trudnych chwilach oraz godną starość.
Jak wynika z przygotowywanych Organizatorów Marszu dla Życia i Rodziny kampanii Narodowego Dnia Życia aż 92% Polaków jest zdania, że do prawdziwego szczęścia człowiek potrzebuje rodziny (por. komunikat CBOS BS/040/2008). Badania pokazują również, że rodzina kształtuje naszą tożsamość zarówno osobową jak i społeczną, z rodziny wynosimy nie tylko wiedzę dotyczącą własnych dziejów, ale również historii kraju (por. komunikat CBOS BS/3/2008). O ile Narodowy Dzień Życia dostarcza opinii publicznej wzorce postaw i zachowań, o tyle Marsz tworzy przestrzeń, w której rodziny i wszyscy ci, którym bliskie są wartości życia rodzinnego, mogą manifestować płynące z nich szczęście i fakt, że korzenie naszego zaangażowania obywatelskiego tkwią w rodzinie. To właśnie ona wyposaża nas w nawyki i zachowania, które pozwalają nam funkcjonować w większych wspólnotach.
Marsz jest wspaniałą okazją, by wspólnie pokazać, że rodzina i wartości z nią związane są ważne. Marsz to również okazja, aby zachęcać decydentów do realizacji polityki służącej poprawie kondycji polskiej rodziny. Potrzebuje ona przestrzeni, w której w sposób wolny i odpowiedzialny może spełniać swoje funkcje. Stworzenie warunków do takiego funkcjonowania to pierwszorzędne zadanie władz publicznych.
Marsz dla Życia i Rodziny to również imprezy towarzyszące zorganizowane w ramach Festiwalu Family Art. Naszą ambicją jest promowanie sztuki tworzonej przez rodziny oraz niosącej wartości, które rozwijają człowieka. Liczymy, że dzięki atrakcyjnej formie oraz niesionym treściom zainteresuje szerokie grono publiczności pozostawiając w niej pytania o człowieka i jego miejsce w społeczeństwie w kontekście rodziny. W ramach festiwalu odbędzie się Przegląd Piosenki Rodzinnej, przegląd filmów, turniej piłki nożnej „Life & Family Cup” oraz koncert finałowy. Marsz dla Życia i Rodziny jest inicjatywą organizacji pozarządowych Fundacji Narodowego Dnia Życia oraz Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi. Do udziału zaproszone są wszystkie osoby i organizacje pozarządowe pozytywnie nastawione do idei praw człowieka, przyjazne życiu i rodzinie.
Marsz wyrusza 30 maja o godz. 12.00 z ul. Nowy Świat. Finał odbędzie się podczas organizowanego przez Centrum Myśli Jana Pawła II Miasta Miłosierdzia na Krakowskim Przedmieściu (od ul. Miodowej). Szczegółowe informacje na stronie www.marsz.org.
Jesteśmy świadomi swoich praw. Potrzebna jest normalność.
maj 20, 2010 Aktualności, Bez kategorii
Za redakcją strony Piaseczyńskiego Środowiska Wiernych Tradycji Łacińskiej przytaczamy ciekawą rozmowę z przedstawicielami tego środowiska.
Panowie, czy jedna Msza na miesiąc w rycie klasycznym nie wystarczy? Przecież kościół nigdy nie był całkowicie wypełniony?
Tomasz: Życie każdej rodziny domaga się regularności. Taka jest natura człowieka. Dzieci są szczęśliwe i czują się bezpiecznie, gdy znają plan dnia. Gdy rodzice całują na dobranoc, dziecko wie, że następny dzień będzie w swoim porządku podobny do poprzedniego. Dorośli też chcą znaleźć swoje miejsce na ziemi. Pokochaliśmy Eucharystię w formie nadzwyczajnej. Chcemy w każdą niedzielę spotykać się razem w naszej lokalnej wspólnocie.
Krzysztof: Dodać trzeba, że brak regularności – „coniedzielności” – powoduje problemy organizacyjne. Trudniej jest zorganizować scholę i próby dla ministrantów. Właściwie to wegetacja dla środowiska. Co to by była za schola, która śpiewa raz na miesiąc? Nawet ministranci po miesięcznej przerwie czują się zagubieni. Potrzebna jest „coniedzielność”, normalność, jak Pan Bóg przykazał.
R.: Inną waszą prośbą jest zmiana godzin celebracji na poranne, przedpołudniowe?
K.: Owszem. Czy wyobraża sobie Pani organizację życia rodzinnego z dziećmi przy Eucharystii o godz. 15.30? Rytm chrześcijańskiej niedzieli jest taki: wspólne śniadanie, Msza. św., spacer – rower, obiad z rodziną, odrabianie lekcji, wyciszenie, kolacja itd.
T.: Przez pół roku Msza św. po zmroku. Wychodzi Pani z kościoła ze śpiącym dzieckiem na ręku a tu gwiazdy na niebie…
K.: per aspera ad astra (śmiech)
R.: Wasza wspólnota uczestniczy jednak w Mszy św. u „Benona” w Warszawie?
T.: Kto uczestniczy ten uczestniczy. Z Głoskowa do św. Benona i z powrotem to 60 km. Mówmy szczerze – niektórych stać na dojazdy a innych nie. Poza tym wielu ludzi nie ma samochodu. Są wśród nas osoby starsze i schorowane, dla których nawet dojście do kościoła parafialnego stanowi wyzwanie. Co dopiero mówić o coniedzielnych podróżach do Warszawy.
K.: Widzę rodziny z dziećmi u Benona, które pokonują 60 km. dziennie. Ale są to tylko te, które na to stać.
kliknij poniżej by czytać dalej
R.: A jaki jest stosunek proboszczów w dekanacie do waszej grupy?
T.: W ogóle większość proboszczów zna nas – wiernych przywiązanych do Tradycji – tylko z TV i podań ludowych. Moje dziecko przystępuje do I Komunii Świętej w kościele św.Anny w Piasecznie. W zeszłym roku proboszcza św. Anny prosiłem o wspólne załatwienie pewnego problemu. Udało się. W tym roku, proboszcz przychylił się do mojej prośby dot. liturgii.
R.: Czy proboszcz wiedział, że przywiązany jest Pan do formy nadzwyczajnej?
T.: A skąd. Nie ma uprzedzeń i nie ma konfliktu.
K.: Nasz proboszcz dla odmiany wie. Bardzo by chciał, by wierni mogli słyszeć „miserere nobis”, nieśmiertelną melodię do „Credo in unum Deum” częściej, także na Mszy w formie zwyczajnej.
R.: Trudna jest Msza św. w klasycznym rycie rzymskim?
K.: Pyta Pani o ministranturę? cóż, w moim wieku opanowanie pamięciowe nawet tekstów polskich sprawia mi trudność…
T.: Zwłaszcza listy zakupów zrobionej przez żonę (śmiech) Dla młodych chłopaków to pestka. Ale nawet my daliśmy radę. Wie Pani, łatwiej wkuć na pamięć Mszał po grecku, niż nie grzeszyć co dnia. To stanowi prawdziwe wyzwanie dla wierzącego.
R.: Czy trudno było zebrać podpisy pod petycją?
T.: Nic podobnego. Byliśmy przygotowani do fedrowania jak na kopalni… a tu poszło jak z płatka.
K.: Wstyd się przyznać, ale niewiele przykładaliśmy się do pracy.
T.: Ludzie tęsknią za trwałością, niezmiennością, szukają Boga – szukają Sacrum, chętnie podpisywali.
R.: Ale podpisy zbierają Panowie nadal?
T.: Tak, ale już bardzo powoli i spokojnie. Zasada jak zwykle ta sama: „powoli i tylko od osób świadomych, przekonanych”.
K.: Ciekawe jest to, że rytem klasycznym interesują się ludzie nie mieszczący się w kategorii „wielce pobożnych”… może nawet oddaleni są od Kościoła. Tych ludzi pociąga racjonalność wiary, którą wyraża stary ryt.
R.: Czy wierzycie, że wszystko się uda?
K.: Jesteśmy świadomi prawa do liturgii w formie nadzwyczajnej.
T.: Tak.
R.: Jakie plany na najbliższy czas?
T.: Zorganizować rajd rowerowy – grupowy – po naszym pięknym powiecie. Mamy pomysł, by stworzyć bazę współrzędnych GPS przydrożnych zabytkowych kapliczek, cmentarzy wojennych i pomników przyrody. Listę zabytków dostaniemy z zasobów Woj. Konserwatora Zabytków.
R.: Dziękuję za rozmowę.(11.05.2010r)
I dziś Msza po staremu się odprawia
maj 19, 2010 Aktualności, Bez kategorii
Zamieszczamy ciekawy tekst autorstwa Bartłomieja Krzycha. Pokazuje on, przywołując obrazy literackie z „Rodziny Połanieckich”, jak religijne gesty i pobożność przenikały codzienność życia i obyczaje, a Msza św. odsyłała umysł ludzki do wielkości Pana Boga i Jego wielkiej miłości do człowieka
W literaturze i poezji polskiej znaleźć można wiele wartościowych dzieł, w których poruszona jest tematyka pobożności (ludowej i nie tylko) oraz przedstawione są obrzędy Kościoła. Nierzadko całe utwory zostają poświęcone liturgii, a często jest ona opisywana jako przenikająca codzienne życie bohaterów.
Nie sposób wymienić tytuły wszystkich dzieł, w których znani i cenieni polscy autorzy wspominali o Mszy świętej. W tym tekście chciałbym zająć się jednym z nich: stosunkowo mało znaną powieścią Henryka Sienkiewicza, pt. Rodzina Połanieckich.
W tym krótkim opracowaniu skupię się jedynie na konkretnych wydarzeniach, czy wypowiedziach bohaterów powieści, tak by uchwycić to, czym jest dla nich Msza święta, jak kształtuje ich życie codzienne oraz dzień świąteczny. Kilka słów poświęcę również innym sakramentom, o których nie sposób nie wspomnieć omawiając książkę, w której stanowią one ważną część życia bohaterów.
W omawianej książce – o czym należy nadmienić – autor pisze oczywiście o Mszy świętej w klasycznym rycie rzymskim (dziś określanym nadzwyczajną formą rytu rzymskiego), która w ostatnich latach przeżywa swój renesans.
I. Pobożność bohaterów „Rodziny Połanieckich”
Nim przejdę do szczegółowej analizy tego, jak przedstawiona jest w Rodzinie Połanieckich Msza św., chciałbym krótko opisać pobożność jej bohaterów, którą w skrócie można określić jako pobożność biblijnych prostaczków.
W samych rozmowach bohaterów czytelnik znaleźć może wiele odniesień do religii, jak i zwrotów odnoszących się bezpośrednio do Boga i Bożej Opatrzności, a nawet aktów strzelistych. By podać przykłady: „Bóg wie co”, „Bóg wie kim”, „miłosierny Boże”, „jak Boga kocham”, „bój się Boga”.
Bohaterowie książki razem modlą się. Chodzi tu szczególnie o Połanieckiego i jego żonę, którzy po powrocie z Rzymu razem zaczęli odmawiać pacierz[1]. W innym zaś miejscu, jeszcze przed wyjazdem Połanieckich do Rzymu, Waskowski mówi do Połanieckiego takie słowa:
Za parę dni jadę do Rzymu – na długo, na bardzo długo. Pamiętasz, com ci mówił, że to przedsionek do innego świata?[2]
Wypowiedź tę powiązać można ze słowami znanego konwertyty, o. Fabera (1814-1863), który mówiąc o Mszy św. powiedział, że jest ona „najpiękniejszą rzeczą po tej stronie Nieba”[3].
Niedziela jest dniem, w którym na wezwanie bijących dzwonów bohaterowie razem udają się na Mszę świętą, do kościoła, który jest niejako ich drugim domem:
Tymczasem zaczęli się zbliżać do Wątorów i do leżącego na wzgórzu wśród lip kościoła. Pod wzgórzem stało kilkanaście chłopskich drabiniastych wózków oraz kilka bryczek i powozików.
Pan Pławicki przeżegnał się.
- To nasz kościołek, który musisz pamiętać. Wszyscy Pławiccy tu leżą, i ja wkrótce będę leżał. Nigdzie nie modlę się lepiej jak tu.
- Widzę, że będzie sporo ludzi – rzekł Połaniecki. (…)
W tej chwili poczęto dzwonić na wieżyczce kościelnej.
- Spostrzegli nas i dzwonią – rzekł pan Pławicki – suma zaraz wyjdzie.[4]
Sakramenty święte, podobnie i pogrzeby, są ważnymi wydarzeniami w życiu naszych bohaterów, często wpisują się one w ich codzienność, szczególnie na wsi, gdzie każdy każdego zna. Zdarza się nawet, że Litka tak mówi do Połanieckiego:
I jak onegdaj zaczęli śpiewać na ulicy, a mamusi nie było w pokoju, to poszłam trochę do okna i zobaczyłam pogrzeb – i pomyślałam, że ja także pewno umrę.[5]
Życzenia Bożego błogosławieństwa są niemal nieodłącznym elementem pożegnań bohaterów.
Wiara i religia jest dla bohaterów „Rodziny Połanieckich” istotną częścią życia, można powiedzieć nawet, że jest ona dla nich oczywistością, a praktyki z nią związane wpisują się w naturalny tryb tego życia. Bohaterom sienkiewiczowskiej powieści liturgia towarzyszy od narodzenia do śmierci i w większym bądź mniejszym stopniu wpływa na ich życie.
II. Sakramenty święte w Rodzinie Połanieckich
Jak już wyżej zostało wspomniane, dla bohaterów omawianej powieści sakramenty, szczególnie małżeństwo (chociażby dlatego, że głównym wątkiem Rodziny Połanieckich jest miłość Maryni i Połanieckiego), są ważnymi, jeśli nie najważniejszymi, elementami ich ziemskiej egzystencji i często wpływają one na kształt i pojmowanie przez nich codziennej rzeczywistości.
a) Chrzest święty
O tym sakramencie autor, zdaje się, tylko raz wspomina, a mianowicie przy okazji chrzcin syna Połanieckich.
I wszyscy otoczyli teraz małego Stasia, który na ręku niani, przybrany w powłóczyste muśliny i koronki, wyglądał dzielnie razem ze swoją łysiną i wytrzeszczonymi okrągłymi oczkami, w których świat zewnętrzny odbijał się tak mechanicznie jak w zwierciadle. Bigiel wziął go teraz na ręce i rozpoczął się obrzęd. Obecni słuchali w należytym skupieniu poważnych sakramentalnych słów, lecz młody poganin okazał wyjątkową zatwardziałość. Naprzód począł wierzgać tak, że wysunął się na współ z rąk Bigiela, po czym, gdy Bigiel wyrzekał się w jego imieniu czarta i jego nieprawości, uczynił wszystko, co było w jego mocy, żeby go zagłuszyć. Dopiero ujrzawszy niespodzianie wśród krzyku okulary Bigiela ucichł nagle, jakby chcąc dać do zrozumienia, że jeśli na świecie istnieją tak zdumiewające przedmioty to w takim razie co innego. Zresztą obrzęd się skończył i zaraz potem oddano go w ręce niani, która po chwili ułożyła go w przepysznym łóżeczku mającym kształt wózka[6].
W tym fragmencie przedstawiony jest jedynie jeden z wielu obrzędów, jakie odbywają się w czasie ceremonii chrztu dziecka. Najciekawsze jest jednak to, że autor zdaje się utożsamiać z ludowym wierzeniem, że, gdy szatan przez Chrzest święty jest odpędzany, to dziecko wtedy płacze, choć wcześniej, jak i potem jest już spokojne.
b) I Komunia święta
O pierwszej Komunii świętej autor wspomina raz i to przy okazji opisu ceremonii ślubnych Połanieckiego i Maryni:
Poczęli powtarzać za księdzem zwykłe wyrazy przysięgi ślubnej, i Połanieckiego, trzymającego rękę Maryni, ogarnęło nagle takie wzruszenie, jakiego się nie spodziewał i jakiego nie doznał od czasu, gdy matka zaprowadziła go do pierwszej Komunii[7].
Dzień, w którym Połaniecki przyjął I Komunię świętą, był dla niego jednym z najważniejszych dni w życiu, doznał wtedy ogromnego wzruszenia, jakiego nie spodziewał się już nigdy. Mimo tego podobne uczucia ogarnęły go, gdy stanął na ślubnym kobiercu ze swą wybranką. Możemy stąd wysnuć wniosek, że dni, w których bohaterowie przyjmowali Sakramenty święte (szczególnie chodzi o I Komunię świętą i małżeństwo), były dla nich jednymi z najważniejszych dni w życiu, jeśli nie najważniejszymi.
c) Spowiedź święta
Podobnie jak Ostatnie Namaszczenie, sakrament spowiedzi świętej pojawia się raz w całej powieści. Autor pisze o nim pod koniec książki, kiedy to ciężarna żona Połanieckiego na krótko przed porodem ciężko zachorowała i wszystkim zdawało się, że niedługo umrze:
I spowiedź odbyła się nazajutrz. Połaniecki tak był już pewien, że to jest koniec wszystkiego, iż niemal dziwiło go, że Marynia żyje jeszcze, a nawet, że wieczorem uczyniło się jej nieco lepiej. Nie śmiał już wpuścić nadziei do duszy. Ona jednak stała się rzeźwiejsza i mówiła, że jej lżej oddychać[8].
Choć nie ma w tej kwestii pewności, można snuć domysły, że intencją autora było ukazanie, iż duchowe uzdrowienie, pociągnęło za sobą polepszenie się stanu Maryni. Jak można dalej przeczytać, wszystko dobrze się skończyło, a Marynia urodziła Połanieckiemu zdrowego syna.
d) Ostatnie Namaszczenie
Zdaje się, że w całym utworze sakrament Ostatniego Namaszczenia (po Soborze Watykańskim II nadano mu nazwę „Namaszczenia chorych”, a także zmieniono jego obrzędy, podobnie jak to się stało ze wszystkimi innymi sakramentami w czasie posoborowej reformy liturgicznej), podobnie jak chrzest i I Komunia święta, pojawia się tylko raz:
Marynia weszła szybko z kapeluszem przewieszonym na wstążkach przez ramię i uściskawszy ojca, podała rękę Połanieckiemu. W różowej, perkalowej sukni wyglądała nadzwyczaj zgrabna i ładna. Było w niej coś z nastroju niedzielnego, a przy tym z rzeźwości poranku, który by pogodny i jasny. Włosy miała nieco roztargane przez kapelusz, policzki zarumienione – młodość biła od niej. Połanieckiemu wydała się dziś weselsza, i ładniejsza, niż była wczoraj.
- Suma będzie dziś trochę później – rzekła do ojca – bo kanonik zaraz po rannej mszy pojechał do młyna dysponować Siatkowską. Z nią bardzo źle. Ma papa jeszcze z pół godziny czasu.
- Dobrze – odrzekł Pławicki[9].
Sakrament ten jest wspomniany tylko na marginesie, warto jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy: po pierwsze na to, że godzina odprawienia Mszy świętej została przesunięta ze względu na posługę kapłana dla zapewne umierającej kobiety; po drugie na „niedzielny nastrój” Maryni. Ukazuje to, że niedziela była dla naszych bohaterów dniem innym niż wszystkie pozostałe, dniem po prostu świątecznym.
e) Małżeństwo
Choć sakrament ten przewija się w przygodach, rozmowach, czy myślach bohaterów niemal cały czas, to krótki opis ceremonii zawarcia małżeństwa znajdujemy jedynie w miejscu, gdzie autor opisuje ślub Połanieckiego i Maryni:
Potem szli oboje, prowadzeni pod ręce, przez szpaler zaproszonych i ciekawych, widząc trochę jak przez mgłę: w dali świece migocące przy ołtarzu, a obok twarze znajome i nieznajome. Oboje dojrzeli wyraźniej twarz pani Emilii, przybraną w biały kwef siostry miłosierdzia, i jej oczy, zarazem uśmiechnięte i zalane łzami. Obojgu przypomniała się Litka i przyszło im na myśl, że to ona właściwie prowadzi ich do ołtarza. Po chwili klęczeli mając przed sobą księdza, wyżej zaś płomyki świec, blaski pozłoceń i święte twarze głównego obrazu. Ceremonia się rozpoczęła. Poczęli powtarzać za księdzem zwykłe wyrazy przysięgi ślubnej, i Połanieckiego, trzymającego rękę Maryni, ogarnęło nagle takie wzruszenie, jakiego się nie spodziewał i jakiego nie doznał od czasu, gdy matka zaprowadziła go do pierwszej Komunii. Oto poczuł, że to nie tylko jest zwykły, prawny obrządek, na mocy którego mężczyzna zyskuje prawo do kobiety; ale że w tym związaniu rąk, w tej przysiędze jest jakaś tajemnicza, zaświatowa moc – jest po prostu Bóg, przed którym się uchyla dusza i serce drży. O uszy obojga odbijały się teraz wśród ciszy uroczyste słowa: Quod Deus junxit, homo non disjungat – a Połaniecki odczuwał, że ta Marynia, którą brał, staje się jego ciałem i krwią, i częścią jego duszy, i że dla niej również on ma być tym samym. Tymczasem na chórze wybuchnął chór głosów: Veni Creatori w kilka chwil później Połanieccy wyszli z kościoła[10].
Jak widać autor ogranicza się w swym opisie do rzeczy najważniejszych, a mianowicie do przysięgi małżeńskiej, słów kapłana, który mówi, że „to co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” i hymnu „O Stworzycielu Duchu przyjdź”, a także ogólnego przedstawienia prezbiterium: ołtarza, na którym stoją świece, a który prawdopodobnie ma nad sobą złocone retabulum, w centrum którego znajduje się obraz przedstawiający jednego z świętych Pańskich. Najbardziej istotne jednak wydają się być uczucia i myśli głównego bohatera, dla którego obrządek ten nie jest tylko „obrządkiem prawnym”, ale czymś więcej, czymś, co wykracza poza uczucia i rozum człowieka, czymś, co dotyka Nieskończoności, Boga, „przed którym uchyla się dusza i serce drży”.
III. Pogrzeb w Rodzinie Połanieckich
Jako że pogrzeb nie jest sakramentem, przedstawiam go osobno. Ceremonie pogrzebowe są najczęściej wspominanymi obrzędami religijnymi w powieści, zapewne po prostu dlatego, że kilku bohaterów książki umiera, bądź jest bliskich śmierci. Nie oznacza to bynajmniej, że całe dzieło ma wymowę smutną czy melancholijną. Obrzędy te są jednak powodem do zadumy dla bohaterów książki, jak i dla samych czytelników. Obraz pogrzebu jawi się nawet jako ten, który towarzyszy bohaterom powieści, jak to było w przypadku Litki[11], która rzeczywiście niedługo po rozpoczęciu opowieści umiera. Podobny przykład mamy dla państwa Połanieckich:
W tym czasie nadszedł jakiś pogrzeb, bo w dzwonnicy stojącej na środku cmentarza poczęto dzwonić. Połaniecki podał Maryni rękę i poszli ku bramie[12].
Jednak na nich, pisząc kolokwialnie, nie wywiera to żadnego wrażenia, jest „oczywistą oczywistością”. Natomiast po śmierci Bugackiego znajdujemy taki opis katolickiego pochówku:
Świrski, Maszko, Połaniecki i Osnowski wzięli na ramiona wąską trumnę ze szczątkami Bugackiego i poczęli ją nieść do przygotowanego grobu. Księża w białych komżach, które to rozbłyskały w słońcu, to gasły, szli przed trumną, za nią czarno ubrany młode kobiety, i cały ten orszak posuwał się z wolna przez cieniste aleje, cicho, spokojnie, bez łkań i łez towarzyszących zwykle pogrzebom, tylko z powagą i smutkiem, który tym był na ich twarzach, czym cień od drzew na grobowcach[13].
Jest to opis żałobnego orszaku, który wędruje od kościoła, po żałobnej Mszy świętej (tzw. Requiem), na cmentarz, by pochować zmarłego. Procesji przewodzą kapłani, za nimi idzie lud, zaś na końcu mężczyźni, przyjaciele i znajomi Bugackiego, którzy niosą trumnę.
Więcej szczegółów autor podaje opisując ceremonie towarzyszące pogrzebowi Litki:
Kondukt ruszył wreszcie, wśród pochodni, liczny, ciągnący za sobą ogon karet, poprzedzany przez księży i posępny śpiew, a z miejsca otoczony gromadą ciekawych, którzy w nowożytnych miastach tak pasą oczy ludzką boleścią jak w starożytnych pasiono je ludzką krwią po cyrkach. Kondukt wyszedł wreszcie z miasta na otwartsze, widniejesz przestrzenie i za rogatką posuwał się wzdłuż cmentarnego muru przybranego w girlandy żebraków i w girlandy z nieśmiertelników i z choiny, przeznaczone na groby. Szeregi księży w białych komżach, służba pogrzebowa z pochodniami, karawan z trumną i ludzie idący za nim zatrzymali się przed bramą, po czym zdjęto Litkę, i Połaniecki, Bukacki, Chwastowi i Bigiel ponieśli ją do grobu ojca. (…). Trumna stanęła wreszcie nad otwartym grobem. Ozwało się rozdzierające: Requiem aeternam, a następnie: Anima Pius. (…). Gdy na wieko rzucano garść piasku, on [Połaniecki – przyp. B. K.] poszedł za przykładem innych, gdy zaś po spuszczeniu na pasach trumny w głąb grobu zamykano kamienne drzwi, znów porwało go coś za gardło, tak że wszystko, o czym myślał i co uświadamiał dzisiaj, zmieniło się w jedną nicość[14].
W tym fragmencie, jako część konduktu pogrzebowego, wymieniona jest także służba pogrzebowa, która niesie na przedzie palące się pochodnie. Tym razem autor krótko opisał także ceremonie, które odbywają się już na cmentarzu, zaraz przed tym, jak trumna zostaje umieszczona w krypcie grobowej (oczywiście nie zostały wymienione wszystkie obrzędy, brak np. wspomnienia o antyfonie Salve Regina, czy pokropieniu trumny wodą święconą).
IV. Służba Boża w Rodzinie Połanieckich
Przez całą powieść Henryka Sienkiewicza, Połanieckiemu towarzyszy „służba boża”, którą szczególnie nauczył się miłować i doceniać dzięki swej żonie, Maryni, a to wszystko dzięki swoistemu zbiegowi okoliczności i swego rodzaju gapiostwu Połanieckiego.
a) Naczelna wartość „służby bożej”
Na niedługo przed ślubem Połanieckiego z Marynią miała miejsce ich rozmowa, która jak się potem okazało, wywarła największy wpływ na duchową przemianę głównego bohatera:
Połaniecki, któremu karta się podobała, poniósł ją nazajutrz koło południa Maryni. Zapomniał jednak, że to niedziela, i ułożywszy sobie z góry miłe spędzenie czasu do obiadu, doznał jakby rozczarowania, zastawszy Marynię w kapeluszu.
- Pani wychodzi? – spytał.
- Tak. Do kościoła. Dziś niedziela.
- A, niedziela!… Prawda! A ja myślałem, że sobie posiedzimy razem. Tak by było przyjemnie…
A ona podniosła na niego swoje pogodne niebieskie oczy i rzekła z prostotą:
- A służba boża?
Połaniecki na razie przyjął te słowa tak, jakby był przyjął każde inne, nie przewidując, że w duchowym procesie, jaki mu później przyszło przechodzić, odegrają one, właśnie z powodu swej prostoty, pewną rolę. Tymczasem odrzekł, jakby powtarzając je mechanicznie:
- Mówi pani: „służba boża”. Owszem! Ja mam czas, pójdziemy razem.
Marynia przyjęła to oświadczenie z wielkim zadowoleniem. Po drodze rzekła:
- Ja to im jestem szczęśliwsza, tym bardziej Pana Boga kocham.
- To także znak dobrej natury; inni tylko myślą o Bogu, jak bieda[15].
Z wyżej przytoczonego dialogu wynika, że „służba boża” dla Maryni nie jest przykrym obowiązkiem, ale radością, gdyż uczestnictwo we Mszy świętej pozwalało jej pogłębiać swoją miłość do Pana Boga. Z wielkiej wartości tej rozmowy, Połaniecki zdał sobie sprawę niedługo po ślubie:
Ulegał przy tym rozmaitym wpływom, które, same przez się drobne, wywierały jednak pewne działanie, choćby dlatego, że im się już umyślnie nie opierał. Takim był wpływ Maryni. Połaniecki nie zdawał sobie z niego sprawy i nie byłby go przyznał, a jednak ciągła obecnośc przy nim tej duszy pogodnej, szczerze i bardzo po prostu religijnej, bardzo obowiązkowej w stosunku do Boga, dawała mu mimowolnie poczucie spokoju i pogody, jakie w wierze znaleźć można. Ilekroć też prowadził żonę do kościoła, przypominał sobie te słowa, które mu powiedziała w Warszawie: „Jakże? To służba boża!” I wciągał się w nią, chodził bowiem zawsze z żoną do kościoła, z początku dlatego, by jej nie puszczać samej, a później i dlatego jeszcze, że sprawiało mu to pewne wewnętrzne zadowolenie, jakie na przykład uczonemu może sprawić przypatrywanie się objawom, które go szczególnie zajmują[16].
Połaniecki, dzięki swej małżonce, odkrył wielką wartość „służby bożej”, choć z początku uczestniczył we Mszy świętej razem z Marynią, tylko dlatego, aby przy niej czuwać. I chociaż ludzie uczestnicząc we Mszy świętej sprawowanej w języku łacińskim, zapewne wiele z niej nie rozumieli, to dzięki niej rozwijali swą religijność i przesiąkali pobożnością eucharystyczną.
Gdy Marynia będąc w ciąży była chora, dzień przed swą spowiedzią, w takich słowach pocieszała swego męża:
Ona przypomniawszy sobie, że niegdyś podobało mu się jej wyrażenie: „służba boża”, i chcąc mu dać poznać, że tu nie chodzi o nic innego, jak tylko o wypełnienie zwykłych religijnych obowiązków, powtórzyła z uśmiechem, niemal wesołym:
- Służba boża![17]
I choć w tym przypadku jako „służbę bożą” określiła ona „religijne obowiązki” to już teraz możemy stwierdzić, że ich życie małżeńskie także można nazwać wypełnianiem „służby bożej”, która przejawia się na miłowaniu się nawzajem, czy wspólnym cierpieniu i radowaniu się (wszak Połaniecki swej żony, dopóki nie urodziła, nie odstępował na krok, sprowadzając się na skraj fizycznego i psychicznego wyczerpania). Jest to „liturgia życia codziennego”:
Połaniecki wiedział, że jego rozum był sprężystszy, myślenie rozleglejsze i wiedza głębsza niż jej, a jednak czuł, że przez nią – i jedynie przez nią – wszystko to, co było w nim, stawało się jakoś bardziej wykończone i szlachetniejsze. Przez jej również wpływ te wszystkie zdobytego przez niego zasady przechodziły z jego głowy, gdzie były martwą teorią, do jego serca, gdzie stawały się życiem. Pomiarkował, że nie tylko szczęście, ale on sam jest poniekąd jej dziełem. Było w tym nawet trochę rozczarowania do siebie, widział bowiem teraz bez żadnej wątpliwości, że gdyby był dostał byle jaką kobietę, to i sam mógłby wyjść na byle kogo. Czasem dziwił się nawet, jak ona mogła go pokochać – przypomniał sobie jednak wtedy jej wyrażenie „służba boża” – i to tłumaczyło wszystko. Dla takiej kobiety małżeństwo było także „służbą bożą”, a zatem i miłość nie jakąś dziką siłą leżącą poza wolą ludzką, ale właśnie aktem dobrej woli, służbą przysiędze, służbą bożemu prawu, służbą obowiązkom[18].
„Służba boża” jest więc dla Połanieckiego wyjaśnieniem zagadki jego własnego szczęścia i przemiany. Autor na samym końcu swej powieści, pisząc o Połanieckich spędzających razem czas w swym ogrodzie, stwierdza, że:
To wszystko, co ich otaczało, to miał być ich świat. Oboje czuli, że ta wieś bierze ich w siebie, że poczyna się zawiązywać jakiś stosunek między nią a nimi i że odtąd życie msi im spłynąć tu, a nie gdzie indziej – pracowite, oddane „służbie bożej”, z ludem – na roli[19].
Tak oto uważny czytelnik może dostrzec, że Henryk Sienkiewicz w opisywanej tu powieści delikatnie ukazuje to, że „służba boża” powinna mieć naczelną wartość w życiu człowieka, oraz że dzięki niej człowiek nauczyć się może głębiej kochać Boga, jak i innych ludzi, a także, że Msza święta daje siły potrzebne do zmierzania się z szarą, codzienną rzeczywistością. Jako dopowiedzenie i potwierdzenie tych słów przytoczymy jeszcze krótkie zdanie wypowiedziane przez Bigiela do Połanieckiego: „Chwałą Bogu! Żona moja dała dziś na mszę (…)” (za chorą Litkę), na Mszę, która powinna być źródłem i szczytem życia każdego katolika.
b) „Msza po staremu się odprawia”
Dla wielu najsłynniejszym fragmentem Rodziny Połanieckich jest ten, w którym sam Połaniecki będąc w kościele i widząc wychodzącego do Mszy kapłana rozmyśla o tym, jak to wszystko przemija, a Msza ciągle po staremu się odprawia:
Tymczasem zajechali i obszedłszy kościół weszli bokiem do zakrystii, nie chcąc przeciskać się przez tłum. Panie siedziały w bocznych ławkach, tuż przed stallami. Pan Pławicki zajął ławkę kolatorską, w której byli tylko państwo Jamiszowie: on, człowiek wyglądający bardzo staro z twarzą inteligentną i zgnębioną; ona, kobieta dobrze pod sześćdziesiąt, ubrana niemal tak jak panna Marynia, to jest w suknię perkalową i słomiany kapelusz. (…). Potem wyszedł ksiądz ze mszą. Na widok tej mszy i tego kościółka pamięć Połanieckiego znów wróciła do lat dziecinnych, gdy bywał tu z matką. Mimo woli rodziło się w nim zdziwienie, jak dalece na wsi nic się nie zmienia, prócz ludzi. Jednych składają na księżej grudzi, drudzy się rodzą, ale nowe życie podstawia się w dawne formy, i kto przyjeżdża po długiej niebytności, z daleka, temu się zdaje, że to wszystko, co poprzednio widział, było wczoraj. Kościół był ten sam; nawa była równie pełna płowych głów chłopskich, szarych sukman, czerwonych i żółtych chustek, oraz kwiatów na głowach dziewek; tak samo pachniało kadzidłem, świeżym tatarakiem i wyziewami ludzkimi. Za jednym z okien rosła ta sama brzoza, której cienkie gałązki wiatr, gdy się podniósł, rzucał na okno i przesłaniając je, napełniał kościół zielonawym światłem; tylko ludzie byli nie ci sami: część tamtych rozsypywała się sobie spokojnie w proch lub wydostawała się trawą spod ziemi; ci zaś, którzy zostali jeszcze, byli jacyś pochyleni, zgarbieni, mniejsi, jakby powoli zasuwali się pod ziemię. Połaniecki, który chlubił się tym, że unika wszelkich zagadnień ogólnych, a który w gruncie rzeczy, mając jakby niewyłonioną jeszcze dostatecznie z wszechbytu słowiańską głowę, zajmował się nimi mimo woli ciągle, myślał teraz, że jednak jest okropna przepaść między tą wrodzoną ludziom namiętnością życia a koniecznością śmierci. Myślał także, że może dlatego wszystkie systemy filozoficzne mijają jak cienie, a msza po staremu się odprawia, iż ona jedna obiecuje dalszy i nieprzerwany ciąg[20].
Fragment ten, niedługo po zakończeniu obrad II Soboru Watykańskiego, we wstępie do swej książki pod znamienitym tytułem: Msza po staremu się odprawia, przypomniał o. Paweł Sczaniecki OSB, stwierdzając, że dzięki nadchodzącej reformie liturgicznej „żaden wnuk czy prawnuk Połanieckiego nie pomyśli, że msza odprawia się po staremu”[21].
Przywołajmy jeszcze fragment z ostatniego rozdziału „Rodziny Połanieckich”:
Lecz tym czasem zadzwoniono na sumę. W kościele znów dawne wspomnienia poczęły się Połanieckiemu cisnąć na myśli. Wszystko, co go otaczało, było takie jakieś znane, iż chwilami miał złudzenie, że był tu wczoraj. W nawie tak samo pełno było szarych głów chłopskich i zapachu tataraku; ten sam ksiądz celebrował przy ołtarzu, te same gałęzie brzozy poruszane wiatrem biły od zewnątrz w okno – i Połaniecki znów tak samo myślał, że wszystko mija – mija życie, mijają bóle, nadzieje, porywy, mijają kierunki myśli i całe systemy filozofii – a msza po staremu się odprawia, jakby w niej jednej była wieczysta niespożytość[22].
Powyższe słowa skomentował, trzydzieści lat później, ks. Dariusz Olewiński w swej głośnej książce o Mszy świętej i Tradycji katolickiej:
Sienkiewicz pisał te słowa w okresie nie mniej burzliwym i tragicznym dla Polski niż czasy obecne [chodzi o postępujący kryzys liturgiczny – przyp. B. K.]. Czyż słowa te nie tchną ponadczasową mądrością, łagodnym powiewem wiecznej świeżości, unoszącej się nad zgliszczami historii? Dziś Sienkiewicz nie mógłby napisać, że ‘msza po staremu się odprawia’, albo musiałby dodać, że tylko gdzieniegdzie… Czy Połaniecki powinien był myśleć, że również msza przemija, tak jak mijają ideologie i systemy filozoficzne? Czy Sienkiewicz zbyt pochopnie wyraził swoje może nierealne życzenie?[23]
Kilka lat później, Paweł Milcarek, komentując te same słowa, dodał, że w niemal dziesięć lat po opublikowaniu książki o. Szczanieckiego, inny autor pisał z „rewolucyjną emfazą”, że Msza święta, taka jaka była znana Sienkiewiczowi już nie istnieje[24].
Oddajmy teraz głos Połanieckiemu, dla którego to, że Msza ciągle po staremu się odprawia, jest wielką tajemnicą:
I w kościele przyszło mu znów na myśl to, o czym myślał w czasie pierwszej swej bytności w Krzemieniu, gdy razem ze starym Pławickim byli na nabożeństwie w Wątorach: „Wszystkie filozofie i systemy licho bierze, jeden po drugim, a msza po staremu się odprawia”. Zdawało mu się, że jednak jest w tym coś niepojętego[25].
Msza, która „po staremu się odprawia” skłania Połanieckiego do głębokiej refleksji nad istnieniem człowieka i jego pogoni za odnalezieniem sensu życia, które nieustannie przemija. Można pokusić się o stwierdzenie, że Połaniecki, dzięki uczestnictwu w liturgii, która była niezmienną od setek lat, odkrył ważną prawdę, którą kilkanaście wieków wcześniej opisał św. Augustyn, mianowicie, że serce człowieka nie zazna spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu:
Wyjechali już pod zachód. Od drzew kładły się długie cienie, słońce stało się wielkie i czerwone. Dalekie akwedukty i Góry Albańskie świeciły różowo. Byli w połowie drogi, gdy z wieży św. Pawła zadzwoniono na Anioł Pański – i wnet za tym dzwonem ozwał się drugi, trzeci, dziesiąty. Każdy kościół podawał głos następnemu, i zrobił się chór tak ogromny, tak rozdźwięczało się całe powietrze, jakby na Anioł dzwoniło nie tylko miasto, ale cała okolica, równiny i góry.
Połaniecki spojrzał na oświeconą złotym blaskiem twarz Maryni. Był w niej wielki spokój i skupienie. Widać było doskonale, że tak sobie teraz odmawia Anioł Pański, jak odmawiała w Krzemieniu, gdy dzwoniono w Wątorach. Zawsze i wszędzie jednako. Połanieckiemu przypomniała się znów „służba boża”. Wydało mu się to tak proste i uspokajające jak nigdy. Ale zarazem teraz, zbliżając się do miasta, zrozumiał trwałość, żywotność i ogrom tych wierzeń. „To wszystko – pomyślał – przecie tak trwa od półtora tysiąca lat, i nie w czym innym moc i niepożytość tego miasta, tylko w tych wieżach, dzwonach, w tej stateczności krzyża, który trwa i trwa”. Tu znów przypomniały mu się słowa Świńskiego: „Tu ruina, na Palatynie ruina, na Forum ruina, a nad miastem krzyże, krzyże i krzyże!” I wydało mu się niewątpliwym, że w samej tej trwałości jest coś nadludzkiego. Tymczasem dzwony biły, a niebo nad miastem oblewało się zorzą. Pod wrażeniem modlącej się Maryni i dzwonów, i tego nieszpornego nastroju, który zdawał się unosić nad miastem i całą ziemią, w Połanieckim, który miał wiele duchowej prostoty, poczęła się wyłaniać następna myśl: „Jakim musiałbym być głupcem i pyszałkiem, gdybym wobec tej potrzeby wiary i tego poczucia Boga miał szukać jakichś swoich własnych form czci i miłości, zamiast przyjąć te, które Marynia nazywa „służbą bożą” i które muszą być jednak najlepsze, skoro świat żyje w nich od blisko dwóch tysięcy lat…” Po czym, jako człowieka praktycznego, uderzyła go rozsądna strona tej myśli, i jął dalej mówić sobie, niemal wesoło: „Z jednej strony tradycja tysięcy lat, życie Bóg wie ilu pokoleń, Bóg wie ilu społeczeństw, którym było i jest w tych formach dobrze, powaga – Bóg wie ilu głów, które uważają je za jedyne – z drugiej strony, kto taki! – ja! Wspólnik domu komisowego pod firmą Bigiel i Połaniecki! – i ja miałbym mieć pretensję, że wymyślę coś lepszego, w co się Pan Bóg lepiej pomieści? Toż trzeba by chyba być durniem! Ja przecie jestem z sobą szczery człowiek i nie zniósłbym, gdyby mi przychodziło od czasu do czasu na myśl, że jednak jestem kiep. A do tego, tak wierzyła moja matka i tak wierzy moja żona – a nie widziałem w nikim więcej spokoju jak w nich”[26].
Myśli te przyszły Połanieckiego do głowy w Rzymie, który jest sercem chrześcijaństwa, a gdzie swą stolicę ma Sacerdos maximus (papież). Narodziły się one, gdy dzwony wszystkich kościołów, które mówią, że „pełno jest tęsknoty i „Bóg wzywa”[27], poczęły bić na Angelus Domini.
V. Siła Tradycji
Refleksje i rozterki Połanieckiego pozwalają nam dostrzec wielką wartość różnorakich tradycji, a przede wszystkim Tradycji liturgicznej Kościoła świętego. W ostatnim czasie, mimo tego, że w wyniku reformy liturgicznej dokonanej po Soborze Watykańskim II, Msza trydencka została zepchnięta na margines życia Kościoła, przeżywa ona swe „nowe życie”[28], odprawiając się „po staremu”.
W tym uświęconym poprzez wieki rytuale tkwi swego rodzaju siła, która pozwala i dzisiejszemu człowiekowi odkrywać sacrum i zbliżać się w pokorze do Boga. Myślę, że jest to liturgia atrakcyjna dla człowieka, który dziś ciągle żyje w hałasie zagłuszającym pragnie modlitwy i spotkania z Bogiem.
Sytuacja ta zaistniała dzięki motu proprio Summarum Pontificum papieża Benedykta XVI, który w towarzyszącym mu liście napisał ważne słowa:
W historii liturgii jest wzrost i postęp, ale nie ma żadnego rozłamu. To, co przez poprzednie pokolenia było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie, i nie może być nagle całkowicie zabronione albo potraktowane jako szkodliwe. Nas wszystkich buduje zachowywanie wartości, jakie wyrosły z wiary i modlitwy Kościoła oraz przyznanie im słusznego miejsca[29].
Tak więc i dziś Połaniecki mógłby odetchnąć z ulgą, widząc, jak to, czym żył, co go ukształtowało i dzięki czemu tak mocno kochał Marynię, powraca i staje się źródłem wiary i pobożności dla ludzi żyjących w obecnych czasach. Dzięki papieżowi Benedyktowi XVI i ci, którzy dawnych czasów nie pamiętają, mogą uczestniczyć we Mszy świętej, która „po staremu się odprawia”.
Bartłomiej K. Krzych
[1] Por. H. Sienkiewicz, Rodzina Połanieckich, Warszawa 1986, s. 482-483.
[2] Ibidem, s. 192.
[3] Cyt. za: N. Gihr (ks.), The Holy Sacrifice of the Mass, St. Louis 1908, s. 337.
[4] Rodzina…, s. 19.
[5] Ibidem, s. 145.
[6] Ibidem, s. 628.
[7] Ibidem, s. 282.
[8] Ibidem, s. 619.
[9] Ibidem, s. 16.
[10] Ibidem, s. 282-283.
[11] Zob. wyżej.
[12] Ibidem, s. 246.
[13] Ibidem, s. 441.
[14] Ibidem, s. 167-168.
[15] Ibidem, s. 267-268.
[16] Ibidem, s. 298.
[17] Ibidem, s. 619.
[18] Ibidem, s. 638.
[19] Ibidem, s. 654.
[20] Ibidem, s. 20-21.
[21] P. Sczaniecki (o.), Msza po staremu się odprawia, Kraków 1967, s. 7.
[22] Rodzina…, s. 649-659.
[23] D. Olewiński(ks.), W obronie Mszy świętej i Tradycji katolickiej, Komorów 1997, s. 7-8.
[24] Por. P. Milcarek, Między Mszą i Mszą, [w:] Christianitas nr 9 (2001), s. 155.
[25] Rodzina…, s. 268.
[26] Ibidem, s. 312-313.
[27] Por. R. Guardini, Znaki święte, Wrocław 1982, s. 81.
[28] Numer 33 (2007) pisma „Christianitas” ukazał się pod tytułem: „Nowe życie starej Mszy”.
[29] Benedykt XVI, List do biskupów z okazji publikacji listu apostolskiego w formie motu proprio SummorumPontificum o stosowaniu liturgii rzymskiej w postaci sprzed reformy przeprowadzonej w 1970 roku, Poznań 2007, s. 20.
W 30 dzień od tragicznej śmierci…
maj 10, 2010 Aktualności, Bez kategorii
W poniedziałek 10 maja w bazylice Świętego Krzyża mieszkańcy Warszawy i innych miejscowości modlili się o szczęście wieczne ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem.
Mszę świętą uroczystą w intencji tych, którzy zginęli 10 kwietnia sprawowaną w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego odprawił x. Wojciech Grygiel FSSP. Kapłan oraz diakon i subdiakon ubrani byli w szaty liturgiczne koloru czarnego. Dostojnej Liturgii splendoru dodało Requiem W.A. Mozarta w wykonaniu chóru i orkiestry Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina. Organizatorzy – środowisko skupione wokół pisma Christianitas – zadbali o to, by wierni mogli uczestniczyć we Mszy, czytając teksty liturgiczne i wydrukowali okolicznościowe modlitewniki z Mszą Requiem.
Bazylika wypełniona była po brzegi wiernymi, którzy w skupieniu modlili się za ś. p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego Małżonkę i wszystkich poległych w wypadku samolotu rządowego w 30 dzień od ich tragicznej śmierci. Trudno było nie dostrzec wielkiego wzruszenia z jakim uczestnicy Eucharystii przybyli na Mszę świętą. Atmosferę zadumy potęgowała cisza modlitewna i monumentalny śpiew Requiem. Warto zaznaczyć, że utwór ten Mozart skomponował właśnie do Mszy trydenckiej – wówczas jedynej powszechnie odprawianej. Modlitwa wyrażona w śpiewie Mszy żałobnej dopełniała sie przez architekturę bazyliki. Usunięcie stołu ołtarzowego i tzw. ambonki utworzyło przestrzeń liturgiczną, w której jeszcze dobitniej uobecniała się ofiara Golgoty.
Homilię wygłosił o. Jacek Salij OP. Odniósł się w niej do modlitwy w liturgii prawosławnej, w której mowa jest o tym, że Zmartwychwstały Chrystus pokonuje winę zbrodniarzy i poczucie krzywdy ofiar rodzące chęć odwetu. Przypomniał też o kilkadziesiąt lat trwającym kłamstwie katyńskim, które jest dziełem nie tylko Rosjan, ale i państw alianckich, które w imię fałszywego pokoju ze Stalinem nie pozwalały Polakom, na równi z sowietami, upominać się o prawdę o tej zbrodni. Trudne, prawdziwe słowa płynęły z ambony podczas gdy na zewnątrz kościoła szalała burza. Koniec homilii jakby przypieczętowało uderzenie pioruna, wywołując w uczestnikach Mszy dreszcz emocji, skłaniający do jeszcze głębszego modlitewnego skupienia.
Kilku kapłanów udzielało Komunii świętej, a mimo to trwała ona bardzo długo. Takich tłumów na Mszy w rycie trydenckim dawno nie było. To jeszcze jeden dowód na to, że Msza w jej prastarej, a ciagle żywej formie, jest Polakom bardzo potrzebna.












